3

Łatka dziecka adopcyjnego

Tytułem wyjaśnienia na temat ostatniego króciutkiego postu: nikt mi nic bezpośrednio nie powiedział na temat naszych dzieci, ale ilekroć poruszany jest temat adopcji(niekoniecznie naszych dzieci), to na pierwszy plan wysuwa się zawsze i najpierw właśnie określenie „adopcyjne”, jakby to było w dziecku najważniejsze- nie że jest wcześniakiem, lub ma piękne blond włosy, ale właśnie adoptowane. Wkurza mnie to niemiłosiernie- dlaczego fakt pochodzenia dziecka ma dla obcych ludzi aż takie znaczenie- oczywiście dla rodziców ma, bo to oni w różnoraki sposób muszą poradzić sobie ze skutkami sposobu w jaki dziecko do nich trafiło, ale dla obcych ludzi nie powinno to mieć żadnego znaczenia, a ma i to ogromne. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby wypowiadane było w normalny sposób, ale zazwyczaj to słowo wypowiadane jest jak coś brudnego i obrzydliwego, z fałszywym uśmiechem na twarzy. Zgadzam się z Waszymi komentarzami, że ludzi nie zmienię i jedyny sposób to nie mówić o adopcji, i właśnie o to mi w  poprzednim poście bardziej chodziło: o mnie samą, że to ja nie będę zaczynać opisu naszych dzieci od słowa „adoptowane”, żeby nie przyklejać im łatki tak jak z taką łatwością robią to inni ludzie.

Całe życie walczyłam z sobą, żeby aż tak bardzo nie zależało mi na opinii innych ludzi o mnie samej,żebym nie uzależniała poczucia własnej wartości od opinii innych i na szczęście w wieku 34 lat mogę chyba powiedzieć, że mi się to udaje (z mniejszym lub większym skutkiem)- obym nie zapomniała o tym kiedy pojawią się w domu nasze dzieci, obym umiała właśnie walczyć o ich dobro jak lwica i w nosie miała opinie innych ludzi.

9

Czy Ten telefon w końcu kiedyś zadzwoni?

Dzwoniłam w zeszłym tygodniu do OA i usłyszałam, że jeżeli sądy będą pracować tak jak się tego od nich oczekuje, to wkrótce zaproszą nas na spotkanie. Po absolutnej euforii i panice (jak to- już???-nie jesteśmy na to gotowi!!!), życie wróciło do normy, bo doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę to nic konkretnego mi dyrektor nie powiedział, a mimo to zasiał ziarnko nadziei, którą trudno opanować:( A teraz życie wróciło do normy, głównie z powodu absolutnego wycieńczenia i braku czasu na bujanie w chmurach:(:(:(

Myślałam, że po powrocie nie miałam na nic czasu? No to teraz nie mam go już wcale- C.E.L.T.A to najtrudniejszy kurs jaki do tej pory przyszło mi robić (powiem tylko tyle, że na 5 osób w naszej grupie jestem jedyną osobą nie pracującą w zawodzie nauczyciela na co dzień i bez jakiegokolwiek przygotowania pedagogicznego, więc jeżeli im jest trudno, to co dopiero ja mam powiedzieć?). Mam nadzieję, że w grudniu będę mogła powiedzieć „nie żałuję” i ucieszyć się z nowych kwalifikacji, bo póki co to na przemian nie śpię, piszę plan lekcji i przygotowuję materiały albo przeklinam na czym świat stoi, że się na to porwałam.