13

Gdyby tylko to było prostsze…

Nie zwalniamy póki co tempa, na dodatek w czwartek spadłam z konia i jestem cholernie potłuczona (zachciało mi się na stare lata sportów wyczynowych- na pocieszenie usłyszałam, że był to spektakularny upadek, ale ja dziękuję za takie doświadczenia), a we wtorek jadę w delegację na 3 dni:( Chciałabym czasem, żeby to wszystko było prostsze, no ale też rozumiem, że nie bardzo jest jak, dlatego zaciskam zęby i odhaczam po kolei pozycje z listy spraw do załatwienia i rzeczy do zrobienia. Zostało nam tylko 58 dni!!! Co to będzie? Co to będzie?

Niedziela dosyć leniwa- muszę rozprostować kości, więc w emeryckim tempie zabiorę psa do lasu, potem ugotuję obiad, wyprawię męża na mecz i będę czekać na koleżanke która ma przyjechać na babsi wieczór.

Na prośbę Mii chwalę się naszym szczęściem i dumą- nasz pies H:

Hugo-wilk

IMG_1203

3

4500km w 30h- podróżnicy, cholera!

Tyle zrobiliśmy w czwartek/piątek (na jednej kawie- nie wiem co myślałam, że jest mniej prawdopodobne!)- wróciliśmy o 3:00 rano, a na 12:00 w sobotę byłam umówiona do weterynarza bo nam się H rozchorował… o spokoju można tylko pomarzyć! Ale nic to- sprawy w banku załatwione, pies zaszczepiony według wymogów krajów UE, musimy tylko wpaść na jeszcze jedną wizytę 48h przed wyjazdem, więc teraz nic tylko pakować dobytek i zaczynać nowe życie:) Tak naprawdę to jeszcze masa pracy przed nami: wyrzucanie nagromadzonych przez laty do niczego niepotrzebnych/ nienadających się już do użytku rzeczy które mamy poupychane w całym mieszkaniu, garażu, na strychu, złożenie wypowiedzeń w pracy, pozamykanie wszystkich kont, rachunków etc…. Zaczęłam nawet robić porządki w dokumentach i doszłam do wniosku, że spokojnie mogę się pozbyć takich rzeczy jak rachunki za telefony czy prąd czy samochód sprzed 12 lat (który sprzedaliśmy dawno temu, he,he)!!! Kawał czasu tutaj mieszkamy, nie ma się co oszukiwać, ale mam nadzieję, że Polska krew i rodzina pomoga nam szybko na nowo zaaklimatyzować się w Polsce:) Tak naprawdę to całą sobą jednocześnie i czekam i martwię się- wyobrażam sobie nasz nowy dom w górach, nową miejscowość, góry latem… Martwię się czy, gdzie i jak szukać pracy i nie znalazłam odpowiedzi na pytanie co robić, czy szukać u kogoś, czy zakładać firmę, bo nie wiem jak pogodzę pracę i dzieci…Zastanawiam się kiedy poznamy dzieci i czy dom będzie choć trochę wykończony jak wrócimy, żebyśmy nikomu nie musieli zwalić się na głowę z 30+ kilogramowym, długowłosym psem… Martwię się jak H zniesie podróż promem w klatce i tak długie siedzenie w bagażniku, ale cieszę się na zwiedzanie Francji, Niemiec i Czech, jakie planujemy po drodze- i tak jednocześnie bardzo się cieszę i zamartwiam, ech…

Powoli dociera do mnie, że muszę zacząć żegnać nasze ulubione miejsca, planujemy przyjęcie pożegnalne dla przyjaciół i współpracowników… i choćbym jak temu niedowierzała, to to wszystko dzieje się naprawdę… Na próbę wysłałam nawet pierwsze podanie o pracę…

 

6

Przejadło mi się…

Jeszcze dwa lata temu uwielbiałam lotniska i wszystko co z nimi związane- ludzie i to, że 90% wizyt na lotnisku oznaczało spotkania z bliskimi- u nas lub w PL. Lubiłam bardzo całe to podróżowanie- kawy na wynos inaczej smakują na lotnisku, obserwowanie ludzi (kocham obserwować ludzi, S uważa, że to nieładnie, a ja po prostu robię to nieświadomie i nigdy po to, żeby kogoś oceniać…) A teraz… Teraz jestem najzwyczajniej zmęczona- ostatnie kilka lat- nie licząc krótkich wypadów w IE i kilkudniowego urlopu w Alicante, każdy nasz urlop to była ciężka praca w PL- albo sprawy związane z domem, albo naładowane emocjami spotkania w OA… Wczoraj kiedy S kupował następne bilety na przyszły piątek chciało mi się zwyczajnie płakać… Znowu to samo- cały dzień w podróży, a potem chodzenie kilka dni do tyłu ze zmęczenia- lecimy złożyć JEDEN podpis w banku (!!!) i wracamy tego samego dnia- łącznie zajmie nam to 24h:( Nie mam na to siły, tak zwyczajnie i po ludzku…

6

A ja rosnę i rosnę…(lista „to do”)

Kochane, przepraszam że tak mnie tutaj mało, ale zwyczajnie nie ogarniam- wróciliśmy w sobotę po 12h podróży i 3 dniach gonitwy(nie było nas u siostry ani nigdzie od rana do nocy): w środę spotkanie w OA, w czwartek wybieranie drzwi i podłóg (nie miałam pojęcia, że to AŻ tak ciężka sprawa!) i TELEFON Z OA, że nas zakwalifikowali u siebie!!!, w piątek spotkanie w banku i z Panem od kuchni- na sam koniec zmieniliśmy PO RAZ TRZECI koncepcję (Pan się załamał, bo ileż można???)…

Co do samej wizyty w OA to spotkanie trwało 2,5h z dwoma Paniami i wcale nie miałam poczucia, że jest mi łatwiej bo wiem czego się spodziewać, mało tego po spotkaniu wyszłam załamana bo nic się nie dowiedzieliśmy (a bardzo, bardzo na to liczyliśmy) i że nie zrobiliśmy na paniach zbyt dobrego wrażenia…Oprócz załamania wyszliśmy absolutnie wykończeni psychicznie- nie cierpię tak się wywnętrzniać, zwłaszcza jeżeli stawka jest tak wysoka…

W czwartek podczas podpisywania umowy z firmą drzwiowo-podłogową zadzwonił Pan Dyrektor powiedzieć, że jesteśmy w miarę normalni(:)) i że mamy kwalifikację, ale nie musimy na razie przenosić dokumentów, poprosił również o potwierdzenie, że wracamy w maju i że nadal chcemy dwójkę dzieci w wieku 3-5 ( co prawda my powiedzieliśmy 0-5 lat, ale jak widać OA zdążył już sobie podnieść naszą granicę, więc mam wrażenie że dla takich dzieciaczków czekają na wyjaśnienie się sytuacji prawnej, teraz tylko muszę jakoś znaleźć w sobie siłę, żeby nie kupować zbyt wielu ciuszków, bo tak naprawdę to nadal nic nie wiemy:()

Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć B i korzystając z okazji że jest promocja, kupiliśmy bilety na prom- 26.05.2015r. wsiadamy po raz ostatni w samochód w Irlandii i ruszamy na przeciw przygodzie naszego życia!!!

Nie do końca udało nam się wszystko załatwić: nie podpisaliśmy umowy kredytowej bo nie przyszła nasza umowa, dlatego musimy lecieć jeszcze raz, ale za to mamy piękną łazieneczkę na dole, więc koniec końców wróciliśmy zadowoleni:)

Ot, i tyle z nowości co u nas…

Do następnego!